wtorek, 26 marca 2013

Ostatnia szarża - Wólka Węglowa 1939

Szarża 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich stała się szczególnie bliska mojemu sercu. Gdy tylko mam mam okazję, jeżdżę czy to rowerem, czy autobusem w miejsce szarży i obserwuję. Obserwuję teren, każdą nierówność, każdy pagórek i zastanawiam się czy to właśnie tędy w '39 roku przeszła polska nawałnica.W swoim czasie w Internecie, bodaj na portalu dobroni.pl znalazłam całe mnóstwo wspomnień z szarży. Udostępniam je, może komuś się przydadzą:

Dojeżdżając do liziery lasu pułk dostał się pod ogień artylerii, jednakże eksplodujące w koronach drzew pociski nie wyrządziły strat. Mimo to w pododdziałach jeszcze bardziej rozluzowano szyki.

Pułkownik Godlewski wezwał do siebie dowódców szwadronów, aby wyjaśnić położenie pułku. Patrole zameldowały, że przed pułkiem w kierunku wschodnim znajdują się jednostki zmotoryzowane. Dowódca pułku zdecydował się przerwać się konno przez stanowiska niemieckie, aby do minimum ograniczyć straty, które spowodowałoby piesze natarcie bez wsparcia ogniem ciężkich karabinów maszynowych i działek przeciwpancernych. Jako kolejne przedmioty terenowe do osiągnięcia podał: las na północ od miejscowości Placówka, a następnie Centralny Instytut Wychowania Fizycznego na Bielanach. Dowódcy szwadronów rozjechali się, aby przekazać podkomendnym rozkazy dowódcy pułku. Pułkownik Godlewski na swej klaczy “Zuzanna” objeżdżał szwadrony. Działo się to około godz. 15.00.
Wyznaczony na czołowy, 3. szwadron dowodzony przez por. Mariana Walickiego, ruszył pierwszy, jeszcze w lesie rozsypany w szyki luźne, przed resztą pułku i jako pierwszy wyszedł na otwartą przestrzeń, gdzie niebawem znalazł się pod ogniem nieprzyjaciela. Ciężko ranny został por. Marian Walicki, który dosiadał karego “Zeusa”. Zginął dowódca III plutonu ppor. rez. Jerzy Scholz, ranny w głowę został dowódca II plutonu, wachm. pchor. Eugeniusz Iwanowski, który tak zapamiętał rozgrywające się wówczas wydarzenia: “Porucznik Marian Walicki dobył szabli i wydając komendę: "W imię panienki Jazłowieckiej, szwadron marsz, marsz!" ruszył galopem. Rozległo się ogromne "Hurra!" i ruszyliśmy początkowo galopem, a potem cwałem. Dosiadałem mojej klaczy "Zatoka". Pamiętam wielkie kartoflisko i druty wysokiego napięcia pod którymi cwałowaliśmy. Nie wyciągnąłem szabli, w ręku miałem Visa, który przymocowany był do rzemienia na szyi. Szwadron rozwinął się w linię plutonów, a potem rozsypał się sekcjami w linię harcowników. W pewnym momencie dostaliśmy ogień od czoła. Moja "Zatoka" zaczęła ustawać, parę razy się potknęła, wreszcie upadła razem ze mną. Wyczołgałem się spod konia, "Zatoka" podniosła łeb i popatrzyła smutnie na mnie swoimi wielkimi oczami. Musiałem ją zostawić, a wraz z nią siodło z przytroczoną szablą, która ofiarował mi Ojciec, a która służyła mu jeszcze podczas wojny 1920 roku. Ogień musiał być bardzo silny, skoro miałem przestrzelone obie poły mojego płaszcza. W pewnej odległości znajdował się przede mną jakiś lasek. Złapałem jakiegoś ułańskiego, skarogniadego konia, których dużo jechało bez jeźdźców i pogalopowałem w stronę lasu. W pewnym momencie koń się potknął i razem ze mną zwalił się w stanowisko niemieckiego cekaemu. Jakiś Niemiec przystawiwszy mi do głowy pistolet, odciął mi od razu rzemień od Visa, po czym zapytał, czy jestem Francuzem, wskazując na mój hełm” .
Dowódca I plutonu 3. szwadronu, ppor. Gerard Korolewicz, którego ranna klacz nie mogła przeskoczyć szerokiego rowu, do Warszawy dotarł pieszo: “Teren był jak najbardziej nieodpowiedni – lesisty – zakrzaczony, poprzegradzany płotami z drutu, siatki, sztachet. 3 szwadron (...) wypadł na polanę i rozlał się na niej w mgnieniu oka. (...) Dowódca szwadronu por. Marian Walicki, cwałujący z szablą w garści tuż przede mną, w pewnej chwili skłonił głowę (...) i równocześnie z "Zeusem" zwalił się na ziemię. Nie zdawałem sobie sprawy, że już go więcej nie zobaczę. "Marian – na koń!" – to był ostatni, jak się okazało, mój pożegnalny okrzyk do dowódcy i serdecznego przyjaciela. (...) Cwałując wśród szarżujących ułanów szwadronu zobaczyłem ,ze przede mną jest szeroki na około 4–5 metrów rów, zamknięty po drugiej stronie około 5-metrową skarpą. Wziąwszy “Fasadę” w łydki, zmusiłem ją do skoku. Poczciwa klacz skoczyła, ale wylądowała na skarpie i niestety nie miała już siły, aby wdrapać się na jej wierzch. Zwaliłem się z koniem do tyłu, na dno rowu z wodą. Klacz zaczęła stękać niemalże jak człowiek. Nad nami zaczęły skakać konie z jeźdźcami i bez jeźdźców i kryć się w zagajniku tuż za drogą na skarpie. Po wielu moich bezskutecznych usiłowaniach, aby pobudzić “Fasadę” do wstania, stało się jasne, że wobec tego, że Niemcy zaczynają wstrzeliwać się w ten rejon ogniem karabinów maszynowych, musze ją tu zostawić. Skoczyłem więc w zagajnik i rozpychając niskie gałęzie jodełek zacząłem szybko posuwać się w głąb, aby uniknąć ognia nieprzyjaciela. W pewnym momencie natknąłem się na około 30 ułanów z różnych szwadronów i objąłem nad nimi komendę. Jeden z ułanów zwrócił mi uwagę na stan w jakim się znajduję. Miałem przestrzelony pociskiem mapnik, z którego zostały tylko cztery skórzane rogi, ponieważ cała reszta została zniszczona impetem pocisku, pas główny miał dwie przestrzeliny. Jakim cudem nie zostałem draśnięty sam nie wiem. Po otrząśnięciu się z pierwszego szoku, zebrałem ten oddziałek i skrajem lasu doprowadziłem go między wsiami Gać i Placówka oraz południowym skrajem wsi Wawrzyszew do wysuniętych placówek własnej piechoty w Kolonii Zdobycz Robotnicza na skraju Warszawy. Zameldowałem się u dowódcy odcinka w stopniu majora, podając przebieg szarży pułku, na co on natychmiast połączył się telefonicznie ze Sztabem Dowódcy Obrony Warszawy gen. Rómmlem, który ma nakazał niezwłocznie przewieźć mnie do Sztabu w gmachu PKO na ulicy Jasnej” . Szwadron poniósł ciężkie straty. Do Warszawy dotarło trzech podoficerów szwadronu: st. wachm. Kazimierz Juzwa, zastępca dowódcy I plutonu, kpr. Rosołowski, zastępca dowódcy II plutonu, kpr. Krupa oraz około 40 ułanów.
Za 3. szwadronem ruszyły szwadrony pułku w następującej kolejności: 1. szwadron, sztandarowy w tym dniu, dowodzony przez ppor. rez. Harrego Daube, 2. szwadron pod ppor. Zbigniewem Żurowskim, resztki szwadronu ciężkich karabinów maszynowych i na końcu 4. szwadron pod dowództwem ppor. Bolesława Kostkiewicza. Odległości między poszczególnymi szwadronami były znaczne, bowiem część oficerów wspomina, że kiedy pułk wyszedł z lasu, szwadron czołowy zniknął za zabudowaniami pozostawiając za sobą tumany kurzu. Równocześnie słychać było ogień artyleryjski, serie cekaemów i przeciągłe “Hurra!”.
Z pocztem dowódcy pułku, nad którym powiewał proporzec dowódcy pułku, galopował poczet sztandarowy dowodzony przez wachm. Przybyłę. Sztandarowym był kpr. Feliks Maziarski. Sztandar okryty był pokrowcem, powiewały tylko wstęgi Orderu Wojennego Virtuti Militari. W czasie szarży poczet dostał się silny ogień broni maszynowej, a kpr. Maziarski został ranny w lewą rękę. Tak zapamiętał on szarżę: “(...) Przy dowódcy pułku zbiera się grupa oficerów, on wydaje krótkie, ostatnie rozkazy. Zbliża się do mnie, przypomina kim jestem i co mam w swoim ręku, za co jestem odpowiedzialny. Napomina też moje najbliższe otoczenie, żeby mnie pilnowali i ratowali sztandar, gdybym został ranny. Są przy mnie plut. Gajda i Wasyluk oraz ułani na szpakach z drużyny pioniersko-chemicznej (...) Szable w dłoń i ruszamy (...) początkowo kłusem, a gdy ukazała się wolna przestrzeń po lewej stronie, galopem i cwałem. Niemcy prażą w nas ogniem wszelkiej broni. Biedne, poczciwe konie przemęczone i niedokarmione dobywają ostatnich sił i rwą do przodu jak huragan. Widzę już ułanów i konie na ziemi. To na pewno z trzeciego szwadronu, bo ruszył pierwszy. W pewnej chwili jakby zrobiło się ciszej, lecz za kilkanaście sekund zawyło ze wzmożoną siłą, po prosto piekło na ziemi i niesamowita masakra. Nagle poczułem ukłucie w lewe ramię, poniżej łokcia i prawie zaraz czuję, że tracę władzę i siłę w lewej dłoni, w której trzymam wodze. Spoglądam na boki, ale nie widzę nikogo blisko. Nie ma plutonowego Wasyluka na siwej "Sarnie", ani ani plutonowego Gajdy na karym "Duxie". Przed moimi oczami przesuwa się po ziemi kary koń z ułanem. Nie poznaję czy to kary "Zeus" por. Walickiego, czy kary "Dux" plutonowego Gajdy. Tylko dwa konie takiej maści były w pułku. Bezwładną lewa dłoń z wodzami mam opartą na stroczonym kocu , bo płaszcz miałem na sobie. Wodzy nie utrzymam, bo dłoń mokra od krwi. Dobrze, że miałem drzewce osadzone w tulei na strzemieniu i temblak na ramieniu. Zobaczyłem sączącą się krew na karku mojej siwej "Topoli". Wyczuwam, że jest niewyraźna i zaczyna ustawać. Widząc, że moje możliwości są na ukończeniu, zacząłem wznosić i opuszczać sztandar oraz ile mi tylko sił i tchu starczyło krzyczeć: Ratować sztandar! Jestem ranny!". Powtarzam to kilkakrotnie. W momencie, gdy sztandar jest uniesiony, z prawej strony podjechał kapral Czech, chwycił drzewce poniżej mej dłoni i pogalopował dalej” .
Obok kpr. Maziarskiego jechał plut. Józef Wasyluk, który tak wspominał ten epizod: “Sztandarowym był kpr. Feliks Maziarski z plutonu trębaczy, po jego prawej ręce byłem ja, a po lewej plut. Gajda. Ten ostatni poległ w czasie szarży, ja również zostałem ciężko ranny. Maziarski został ranny pociskiem w rękę lżej. Uniósł sztandar prawą ręką w górę z wysiłkiem, dając znak, że jest ranny. Wówczas szef 1 szwadronu, wachm. Jan Przybyła, wysłał od siebie kpr. Czecha, by ten ratował sztandar” . Kapral Mieczysław Czech wziął sztandar z ręki rannego sztandarowego kpr. Feliksa Maziarskiego i dowiózł znak pułkowy do Warszawy. Przekazawszy sztandar Maziarski pozostał sam. Jeźdźcy pędzili ku Warszawie. Maziarski, obok szerokiego i podmokłego rowu, uchwycił wodze przechodzącego wolno konia bez jeźdźca, puściwszy przedtem wodze swego konia. Nie udało mu się jednak przesiąść i znalazł się na ziemi. Galopujące konie nie stratowały go, być może z tego powodu, że na płaszczu miał szarfę sztandarowego. Po pewnym czasie Maziarski złapał kłusującego konia i mimo rany dotarł do Warszawy. “W jakim stanie dojechałem do Bielan, najlepiej wie Michał Olearnik, szef 2 szwadronu. – wspominał podoficer – To pierwszy człowiek z pułku, którego spotkałem. Był z grupą kilkunastu ułanów, szli na Bielany. Drugi to kpr. służby czynnej, Tyński. Byłem z nim i wielu innymi na jednej sali w szpitalu na Bonifaterskiej w Warszawie. Tam oddałem jednej z zakonnic szarfę sztandarowego, aby ukryła gdzieś w kaplicy szpitalnej” .
“Na lewy skraj wsi – wspominał dowódca 2. szwadronu, ppor. Zbigniew Żurowski – idąc po największym skrócie wpadają 1 i 2 szwadron, a na ich ogonach koniowodni. Z lewa na ukos gna polna drogą kilka niemieckich motocykli z przyczepami. Piechurzy zrywają się pośpiesznie z wysłana stanowisk i uciekają w stronę najbliższych zabudowań. Wszystko półprzytomne wpada pod końskie kopyta i szable. (...) Pluton wachm. Przybyły ze sztandarem idzie co koń wyskoczy. Za chwilę tracimy go z oczu. Po prawej ręce pułkownik, wyraźnie widoczny z dala proporzec dowódcy pułku. (...) Wpadamy do lasu. Jest tu zupełnie odosobniona placówka własnej piechoty. Dowódca oddziału oszołomiony naszym widokiem. Panowie, co, skąd? – mamy wielu rannych. Ciężko ranne konie trzeba dostrzelić. Straty w ludziach choć mniejsze niż w 3 szwadronie, niemniej bolesne. Zabici: plut. Bartłomiej Gajda, plut. Tadeusz Romańczyk. Ppor. Józef Fiema, ciężko ranny dostaje się do niewoli. (...) Rannych, opatrzonych naprędce wsadzamy na koń. Por. Franciszek Szlachcic, sam kontuzjowany, prowadzi ich na Bielany pod osłoną sekcji ułanów, z szefem 2 szwadronu, plut. Michałem Olearnikiem” .

4. szwadron ruszył ostatni i szarżował najprawdopodobniej po osi szarży 3. szwadronu . Szwadronem dowodził wówczas por. rez. Bolesław Kostkiewicz: “W szarży jechałem z pistoletem w ręku, szwadron nasz nie poniósł tak dużych strat jak szwadron 3, zginęło, o ile dobrze pamiętam zginęło 7 ułanów” . Kilku dostało się do niewoli, m.in. kpr. Marian Sługocki: “W dniu 19 września skończyłem swoją karierę wojenną. Z żalem padłem na polu bitewnym, bo mój koń "Aferzysta" dostał w głowę. Ledwie podniosłem się po upadku kiedy zostałem ranny w nogi i upadłem. Po szarży, kiedy już wszystko ucichło, zobaczyłem 4 Niemców zbierających rannych z pobojowiska. Jeden z nich zabrał moją szablę i uderzył mnie nią w rękę i chciał jeszcze raz uderzyć, ale drugi Niemiec odebrał mu szablę i zabrał mnie do samochodu. Po opatrzeniu ran odwieziono mnie do szpitala w Skierniewicach” . Część ułanów wziętych do niewoli wyprowadził w nocy, pomimo odniesionej rany w głowę podczas szarży, szef 4. Szwadronu, st. wachm. Rudolf Zenkner.
Kapral Jan Zdobylak z 1. szwadronu, stracił podczas szarży swojego konia, kasztanowatego “Cisa”, ale doniósł do Warszawy swój karabin przeciwpancerny. Dotarł tam na piechotę razem z kpr. Grodeckim i plut. Jagielskim oraz z innymi ułanami.
Podporucznik Jan Serwatowski, który powrócił prze paroma godzinami do pułku z cekaemami Podolskiej Brygady Kawalerii szarżował na znalezionym w Puszczy Kampinoskiej koniu por. Leonarda Merkisza ze szwadronu łączności Wielkopolskiej Brygady Kawalerii: “Ruszyłem koniem na przód i wpadłem na dróżkę leśną na której zobaczyłem dzielnego pchor. Szturmę prowadzącego cekaemy. Cwałując wpadłem na drogę pod lasem, biegnącą równolegle do jakichś zabudowań. Las oddzielały od wsi torfiaste łąki, które obramowywał po obu stronach pas gruntów uprawnych. Z wsią łączyła las wąska grobla przecięta pośrodku wodnistym rowem, nad którym był mały mostek. Skręciłem koniem na groblę. Przed sobą miałem wieś. Po lewej stronie widziałem łąkę, a po prawej słaniały się kępy drzew liściastych, prawdopodobnie były to olchy. Na łące z lewej strony cwałowali harcownicy w hełmach francuskich, ubrani w tym dniu w płaszcze. Dużo koni biegło luzem. Widać również było pieszych biegnących w kierunku zabudowań. Z lewego końca wsi strzelały niemieckie karabiny maszynowe i z tego kierunku padały również pociski wybuchające na łące. Obejrzałem się do tyłu i zobaczyłem pchor. Szturmę wjeżdżającego na łąkę. Był to ostatni raz kiedy widziałem go żywego. Byliśmy oddzieleni od siebie ułanami, wśród których zobaczyłem swojego luzaka. Nie dojechali do końca – obaj polegli” . Podporucznik Serwatowski przejechał przez groblę, następnie przez wieś, spotykając w jakimś ogrodzie, nad rowem osłoniętym olchami, grupę ułanów nad którymi objął komendę: “Z chwilą wjazdu naszego na pole, które oddzielało brzeg wsi od "olchowych" opłotków strzały wzmogły się na nowo. (...) Na polu poznałem kochanego wachm. Kazimierza Juzwę, który był bez konia. Prosił mnie o złapanie jednego i podanie mu. Obiecałem to zrobić nieco dalej. Podjechałem do ścianki olchowej, gdzie widziałem kilka naszych koni, złapałem jednego i podałem mu. Wachmistrz rozpoznał, że jest to koń ppor. Gerarda Korolewicza. (...) Trzeba było zrobić następny skok przez otwarte pole do następnego rowu osłoniętego wysokimi krzakami” . Mimo silnego ognia ppor. rez. Serwatowski wraz z wachm. Juzwą pokonał tę przestrzeń. Potem ostrym galopem cała grupa przedarła się przez ogień karabinów maszynowych. “Po pewnym czasie jazdy lasem zatrzymaliśmy się dla zebrania ułanów i opatrzenia rannych. Jeden z lżej rannych był ułan z przestrzeloną ręką. Był ranny w palce prawej ręki, w której kula przeszła w poprzek nadgarstka przez 4 palce, żłobiąc w kościach ranę na kształt rynny, której dno spoczywało na kościach palców. Sprawdzając swoje siodło i płaszcz odkryłem, że jedna kula przeszła na wysokości mego kolana w siodle przez tybinkę i wyszła drasnąwszy lekko konia po kłębie. Obaj z "Dunajem" mieliśmy wiele szczęścia. Płaszcz mój był także przestrzelony w dwóch częściach” .

Podchorąży Eugeniusz Iwanowski po wzięciu do niewoli przewieziony został motocyklem do niemieckiego punktu opatrunkowego znajdującego się w jakimś sadzie przed willą. “W wyniku upadku zostałem kontuzjowany w głowę, złamałem prawy obojczyk i prawą kość udową. Niemcy wsadzili mnie do kosza motocykla i powieźli na punkt opatrunkowy. Widziałem jak innym motocyklem wieźli ppłk. Ważyńskiego. Przywieziono mnie do punktu opatrunkowego. Na trawniku leżeli ranni ułani, polewani od czasu do czasu woda z konewki przez jakieś panie. Niedaleko mnie leżał bez płaszcza. tylko w koszuli, w swych, charakterystycznych dla naszego pułku brązowych butach z Łańcuta, porucznik Marian Walicki. Niestety nie wiem czy jeszcze żył” .
W szarzy wzięli też udział żołnierze z innych pułków m.in. por. Franciszek Potworowski ze sztabu Grupy Operacyjnej Kawalerii, który tak relacjonował przebieg szarży: “Mniej więcej około południa natknąłem się na 14 pułk ułanów w szyku konnym. Zameldowałem się płk. Godlewskiemu, który polecił por. Kubie Kostkiewiczowi – dcy 4 szwadronu – przydzielić mi konia. Jechałem z 14 pułkiem dobrą chwilę. Gdy zatrzymaliśmy się w rzadkim sosnowym lesie, rozpoczął się silny ogień artylerii. Pociski padały po obu stronach kolumny. Przed nami las rzedniał, dalszy jednak widok zasłaniały gęste zarośla i kępy akacji. Napięcie wzrastało z każdą chwilą. Czuliśmy wszyscy, że za tymi krzakami coś się dzieje, że coś ważnego musi się zaraz stać. Nie pamiętam, czy wpierw usłyszałem od czoła powtarzaną komendę: “Do szarży – szable w dłoń!”, czy też ujrzałem szable wydobywane przez ułanów przede mną. Chyba równocześnie szyki się rozluźniły i już wśród ogromnego krzyku “Hurra” przedzieraliśmy się przez gęste krzaki. Mimo całego napiecia uderzyła mnie nagłość ruszenia całego pułku do szarży (...).
Za krzakami rozciągało się duże pole ziemniaków o jesiennym zgniłobrązowym kolorze. Wnet zaniebieszczało ono od Niemców, którzy powstawszy, zaczęli uciekać na obie strony pola. Równocześnie ułani rozdzielili się jakby na dwa człony, pędząc prawą i lewą stroną pola za Niemcami, przy czym środek pola pozostał pusty. Byłem na prawym skrzydle pułku, na prawym skraju pola. Wszystkie wrażenia i wypadki następowały tak szybko, że trudno ustalić kolejność. Wydaje się, że wszystko działo się równocześnie. A więc znowu barwa pola, które nagle pokryło się białymi płatami. Takie wrażenie robiły z konia dopiero co opuszczone wyłożone słomą stanowiska niemieckie. Ogień ciągle bardzo bliski i bardzo głośny, o dziwnie wysokim tonie. Coraz więcej koni bez jeźdźców. Linia drzew się urwała, odsłaniając na prawo szerokie pole. Dalej majaczył las. (...) Mój koń upadł na przednie nogi, zdołałem go jednak poderwać. Pędziliśmy w kierunku lasu. Tam dopiero, przy przesadzaniu szerokiego bagnistego rowu, koń mój padł. W prawym boku miał dwie duże krwawiące rany. Za chwilę siedziałem na innym, których wiele było w lesie. Z grupą ułanów wypadliśmy z lasu na szosę” .

W szarży brała również udział grupa z 9. pułku ułanów Małopolskich: rtm. Bronisław Ciepiela, ranny podczas szarży, porucznicy: Kazimierz Klaczyński, Wacław Moszyński, który zginął, wachm. Wojciech Jacek, plut. Kazimierz Kraśnicki oraz kilkunastu ułanów. “Hamujemy nasze biedne, rozhukane konie – napisał w swej relacji por. Klaczyński – Strzelanina ustała. Tu jednak nie można pozostać. Nieprzyjaciel za blisko i ranni, którymi wydają się być wszyscy. Za zagajnikiem kilka zagród i szosa. Tam ruszamy. Jest nas w naszej grupie około 40 jeźdźców oraz spora gromada luźnych koni. (...) Prawie każdy ułan i koń jest ranny. A rany potworne. Tuz obok luźny koń wlecze przetrąconą nogę. Inny bez nozdrzy, z wybitymi, żałośnie zwisającymi zębami. tam ułan pochylony na siodle, z przestrzelona na wylot piersią. (...) Z zagród wybiegają ludzie. Każdy chce pomóc. Młode dziewczęta zasłaniają twarze rękami i zanoszą się szlochem. Rozjeżdżamy się po zagrodach. Poimy konie, nawet tego bez nozdrzy. Rannych opatrują kobiety” .
Przerwanie się 14. pułku ułanów Jazłowieckich w szyku konnym przez stanowiska niemieckie w dniu 19 września 1939 roku przeszło do historii kampanii wrześniowej jako szarża pod Wólką Węglową. Ta miejscowość jako rejon wykonania szarży znalazł się z wydanej na Uchodźstwie monografii pułku za sprawą relacji dowódcy 2 szwadronu ppor. Zbigniewa Żurowskiego oraz wykonanego przez niego szkicu . Dowódca Grupy Operacyjnej Kawalerii, gen. Roman Abraham wskazał jednak inne miejsce szarży. Według niego miejscem tym były okolice miejscowości Dąbrowa, Dąbrowa Leśna . Według wykonanej na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych przez znanego badacza kampanii wrześniowej, Andrzeja Wesołowskiego rekonstrukcji wydarzeń, opartej m.in. na relacjach najstarszych mieszkańców Dąbrowy Leśnej potwierdziły wersję gen. Abrahama.
W rejonie Łomianki, Dąbrowa, Wólka Węglowa znajdowały się ściągnięte około południa przez dowódcę gen. mjr. Wilhelma von Loepera zgrupowanie prawego skrzydła niemieckiego. I i III dywizjon zmotoryzowanego 4. pułku strzelców konnych, czołgi 11. pułku pancernego i 65. batalionu pancernego i I dywizjon 76. pułku artylerii, które opuściły rejon Łomianek i przygotowywały się do ataku na Grupę Operacyjną Kawalerii gen. Abrahama. Szarża wykonana przez 14. pułk ułanów spowodowała, że gen. von Loepner meldował: “W dniu 19 września przeciwuderzenie zgrupowaniem nie mogło być wykonane wobec ciężkich walk, jakie zgrupowanie stoczyć musiało, często na dwa fronty, z silnym przeciwnikiem, atakujących kawalerią pod Wólką Węglową i nacierającym pod Burakowem. Jedynie ze znacznymi stratami zdołała dywizja utrzymać do wieczora drogę Sieraków–Laski, oraz miejscowości Laski, Wólkę Węglową i Sieraków”.

W rejonie Lasek nacierał już III batalion 15. pułku piechoty z 29. Dywizji Zmotoryzowanej, który rozwinął natarcie z rejonu m. Hornówek i dotarł do drogi Laski – Sieraków, lecz został zmuszony do przejścia do obrony, uszykowanej “na jeża” wobec nękających działań kawalerii polskiej na jego skrzydłach i przy stratach sięgających 200 żołnierzy.
W efekcie szarży przeciwnik nie zdołał zmontować przeciwuderzenia zgrupowanych w rejonie Wólki Węglowej oddziałów. 1. Dywizja Lekka, ze znacznymi stratami, sięgającymi 600 zabitych i rannych, zdołała utrzymać rubież drogi Laski – Sieraków oraz miejscowości Laski, Wólka Węglowa i Buraków. Droga Modlin – Warszawa pozostała otwarta przez kolejne dni .


Efektem zaciekłych walk Grupy Operacyjnej Kawalerii gen. Abrahama i szarży 14. pułku ułanów było wycofanie do wieczora wszystkich sił 1. Dywizji Lekkiej do wysokości Wólki Węglowej i odsłonięcie kierunku na Warszawę, w tym szosy Modlin–Warszawa, którędy przeszły do Warszawy Grupa Operacyjna Kawalerii i pozostałości Armii “Poznań”.

W trakcie szarży szwadrony poniosły spore straty. Spowodował je zarówno silny ogień niemiecki, jak również niedogodny teren. Wiele koni, nierzadko rannych, zmęczonych kilkunastodniowym wysiłkiem wojennym nie było w stanie pokonać napotkanych na drodze szarży przeszkód i rolowało na płotach, wykrotach i rowach.
Płk E. Godlewski początkowo był przekonany, że pułk poszedł w rozsypkę, dopiero kiedy zobaczył z jaką determinacją ułani zgodnie z rozkazem dowódcy dążą do miejsca zbiórki na Bielanach, tak to podsumował: “... jechaliśmy stępem nie widząc Niemców, dopiero dojeżdżając już do Bielan zrozumiałem prawdę, że przeżyliśmy dzień sławy pułku” .

W intencji dowódcy Grupy Operacyjnej Kawalerii, gen. bryg. dr. Romana Abrahama zgrupowanie taktyczne wydzielone ze składu grupy do działań dziennych – 14. pułk ułanów Jazłowieckich i 15. pułk ułanów Poznańskich wsparte ogniem baterii 6. dywizjonu artylerii konnej jeszcze 19 września miały z rejonu las Opaleń, Leśne Łuże, Dąbrowa wykonać uderzenie na kierunku Wólka Węglowa–Młociny. Pozostałe siły Grupy Operacyjnej Kawalerii wychodząc z rejonu osady Smolarz miały przebić się do Warszawy w nocy z 19 na 20 września.
W zamyśle gen. Abrahama oba pułki miały wykonać natarcie w szyku pieszym. Jednakże “dojście do podstaw wyjściowych, jak też i ewentualne wymijanie miejscowości, mogło odbywać się – a nawet było to wskazane – w szyku konnym. Natomiast w razie zaskoczenia, wtedy kiedy nie było już swobody i czasu na zorganizowanie natarcia pieszego, należało szarżować” . Brak broni wsparcia zmniejszał siłę uderzeniową 14. pułku ułanów. Otwarte pozostaje pytanie czy płk Edward Godlewski zameldował o swych wątpliwościach dowódcy grupy, czy też koncepcja przerwania się konno przez linie przeciwnika zrodziła się w jego umyśle dopiero w momencie kiedy do pułku nie dołączył rtm. Andrzej Sozański z ciężkimi karabinami maszynowymi i działkami przeciwpancernymi.
Zapewne bez odpowiedzi pozostanie wątpliwość, czy właśnie tam gdzie miała miejsce szarża chciał przerwać się w szyku konnym przez linie niemieckie płk Godlewski, czy może szarża rozpoczęła się samorzutnie w sytuacji, gdy czołowy szwadron znalazł się w ogniu przeciwnika i nie było możliwości schronienia się w lesie. Wskazać przy tym należy, że dowódca pułku nie wziął udziału w szarży, podobnie jak jego zastępca, ppłk Zygmunt Ważyński, który wręcz zeskoczył z konia na ziemię, a następnie w bliżej nie wyjaśnionych okolicznościach dostał się do niemieckiej niewoli .
Sprzeczne relacje dotyczące zarówno warunków powstawania decyzji płk. Godlewskiego, jak i samego przebiegu szarży nie pozwalają na dokonanie szczegółowej rekonstrukcji tego znaczącego epizodu na szlaku bojowym 14. pułku ułanów Jazłowieckich w kampanii wrześniowej 1939 roku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz